Jeden z najbardziej znanych obrazów René Magritte’a przedstawia fajkę z podpisem „Ceci n’est pas une pipe” („To nie jest fajka”). Ta gra obrazu, słów i znaczeń przypomina, że obraz nie jest przedmiotem. Słowo zaś nie jest doświadczeniem.
Niekiedy nader łatwo jest o tym zapomnieć i ulec złudzeniu, że nazwanie czegoś jest tym samym, co tego doświadczenie. Dzieje się tak zwłaszcza w sytuacjach silnego lub chronicznego napięcia. Gdy brakuje nam sił, by pomieścić w sobie trudne emocje, częstym mechanizmem obronnym staje się intelektualizacja. Ucieczka w stronę chłodnej logiki i racjonalnych wyjaśnień daje nam poczucie odzyskiwania spokoju oraz sprawczości.
Myślenie staje się wówczas zaporą pomiędzy nami a światem. Azylem odgraniczającym nas od własnych emocji i dającym iluzoryczne wrażenie kontroli. Tworzenie intelektualnych konstrukcji, nie oddaje jednak emocjonalnie autentycznego doświadczenia. Jest zaledwie jego imitacją. Farbą na płótnie, a nie fajką, do której możemy nasypać tytoniu i ją zapalić.
W gabinecie psychoterapeutycznym mechanizm ten ujawnia się m.in. w chwilach, gdy pacjenci, zmęczeni wewnętrznym napięciem, pytają: „Skoro już rozumiem, skąd bierze się to, co przeżywam, to dlaczego nic się nie zmienia?”.
Pytanie to otwiera przestrzeń do rozważań nad relacją między rozumieniem a doświadczeniem. Thomas Ogden, w dociekaniach nad tym, co w procesie terapeutycznym czyni nas na powrót „żywymi”, przywołuje myśl Sándora Ferencziego i Otto Ranka: „rozumienie w psychoanalizie może być następstwem doświadczenia, ale doświadczenie nie wynika ze zrozumienia”. Trafna interpretacja może pojawić się jako efekt czegoś, co zostało wcześniej naprawdę przeżyte. Jednak samo zrozumienie, choćby najbardziej precyzyjne, nie jest w stanie wytworzyć żywego doświadczenia.
Odwołując się do poezji Seamusa Heaneya, Ogden przyrównuje dynamikę sesji do „wyprawy do niewypowiedzianego”. Opisując to doświadczenie z perspektywy terapeuty, zauważa: „Zaskoczyło mnie to, co spontanicznie mówiłem i robiłem (…) Przez większość sesji czułem się niesiony siłą procesu emocjonalnego, w trakcie którego pani L i ja tworzyliśmy wspólnie coś, czego żadne z nas nie umiało ująć w słowa”.
Zanim dane przeżycie nabierze dla nas autentycznego znaczenia, nad którym moglibyśmy mieć pewną refleksję, najpierw potrzebujemy poczuć swoje emocje przy drugiej osobie. Doświadczenie odzwierciedlenia i przyjęcia buduje naszą zdolność do lepszego rozumienia nas samych. W procesie terapeutycznym wymaga to żywej obecności zarówno pacjenta, jak i terapeuty, bez dystansowania się czy chowania za pozornym zrozumieniem. Potrzeba tu czasu oraz umiejętności wytrzymania lęku wpisanego w niewiedzę. Gotowości do trwania w stanie pomieszania i niepewności. Bez gotowych odpowiedzi i bez nerwowego sięgania po schematy czy przedwczesne interpretacje.
Pokusa ucieczki od niepewności sięga jednak daleko poza ściany gabinetu. Żyjemy bowiem w kulturze, która panicznie boi się dysonansu i przyzwyczaja nas do błyskawicznych wyjaśnień i konkretnych odpowiedzi. Szukając uspokojenia, natrafiamy w Internecie na psychologicznie brzmiące etykiety. Pozwalają one, bez głębszego namysłu, skategoryzować zachowania innych ludzi lub własne niepokojące stany. Dobrze to widać w clickbaitowych nagłówkach podpowiadających m.in., jak rozpoznać „narcyza” i jak się od niego „uwolnić”.
Używamy tych powierzchownych pojęć jak tarczy, łudząc się, że samo zdefiniowanie dylematu ochroni nas przed bezradnością. Tymczasem w codziennych relacjach (podobnie jak w terapii) chwytanie się „wiedzy” bywa formą obrony przed nieprzewidywalnością i ryzykiem wpisanym w żywy kontakt.
Ta tęsknota za natychmiastowym uciszeniem niepokoju kierowana jest dziś także do nowoczesnych technologii. Powstające start-upy obiecują przygotowanie rozwiązań umożliwiających sztucznej inteligencji wyczytanie z naszych fal mózgowych nie tylko klarownych myśli, ale i nieuchwytnych przeczuć czy surowych wrażeń sensorycznych. Fantazja ta zawiera w sobie nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto uporządkuje nasze wewnętrzne pomieszanie i nazwie to, czego my sami nie potrafimy pomyśleć. Jest to też fantazja o możliwości uzyskania wglądu, bez wysiłku samodzielnego przeżywania i rozpoznawania w sobie pewnych doświadczeń.
Przypomina to pragnienie powrotu do stanu niemowlęcego. Do czasu, gdy w dziecięcym wyobrażeniu dyskomfort mógł być magicznie zniwelowany, zanim zdążył stać się myślą. Jednak ryzykiem tej ochrony przed napięciem i frustracją jest brak możliwości samodzielnego budowania pomostu między czuciem a myśleniem. Gdy niejasne bodźce nie są przekształcane w myśl, blokują nasz dostęp do żywego kontaktu ze sobą. Być może technologia zdoła podać nam opis naszego stanu, ale czy to stanie się żywym doświadczeniem? Czy wyręczając nas w wysiłku samodzielnego myślenia nie pogłębi naszej bezradność i zależność?
Rewersem tej fantazji może być proces terapeutyczny, w którym terapeuta nie czyta w myślach, lecz zostawia przestrzeń do swobodnego błądzenia po wolnych skojarzeniach. Powstrzymując się od szybkiego rozumienia, pozwala sobie na wejście w stan zamyślenia (reverie). Ten rodzaj nieustrukturyzowanego, otwartego śnienia na jawie, sprawia, że terapeuta dopuszcza do siebie własne nieświadome fantazje, powidoki i odczucia wywołane obecnością pacjenta. Pomieszczając w sobie to, co dla pacjenta było dotąd zbyt zagrażające lub bezimienne, terapeuta zwraca mu to w formie, która daje się już pomyśleć i przeżyć.
Taki proces nie zachodzi jednak w próżni. By emocje mogły zostać zrozumiane i świadomie odczuwane, potrzebujemy oparcia w bezpiecznych ramach stabilnej relacji. Rzadki, przerywany kontakt czy nastawienie na konkretne zadania i wytyczne bywa próbą zachowania bezpiecznego dystansu. Gdy jednak chroniąc się przed uczuciami sięgamy po intelektualizację, sesje zamiast być przestrzenią „śnienia doświadczenia” zaczynają przypominać racjonalny raport z minionego tygodnia.
W takich warunkach sztywność udziela się obu stronom relacji. Zablokowaniu ulega swoboda i kreatywność nie tylko pacjenta, ale i terapeuty. W konsekwencji uniemożliwia to współtworzenie autentycznie żywego i leczącego doświadczenia.
Sama wiedza o tym, „z czego coś wynika”, jest jak patrzenie na namalowaną fajkę. Widzimy kształt, ale nie czujemy ani ciepła żarzącego się tytoniu, ani jego zapachu. Podobnie jak na obrazie Magritte’a, słowa i interpretacje pozostaną jedynie reprezentacją. Tym, co zmienia, pozostaje samo doświadczenie spotkania.
Bibliografia:
