O mostach, które wysadzamy w sobie. Architektura zerwanych połączeń.

Istnieje pewien wzorzec funkcjonowania, który z zewnątrz łatwo wziąć za dojrzałość. Charakteryzuje go precyzja w działaniu, analityczna biegłość oraz zdolność do zachowania opanowania w warunkach, które innych wprawiają w emocjonalne drżenie. Przestrzeń wewnętrzna zostaje zorganizowana wokół skuteczności. Uczucia, o ile się pojawiają, są szybko klasyfikowane i zarządzane. Bliskość bywa tolerowana, dopóki pozostaje umiarkowana. Kontrola staje się nie narzędziem, lecz tożsamością.

Wzorzec ten bywa szczególnie widoczny u mężczyzn, którzy zgłaszają się na psychoterapię nie z powodu bólu — ten bowiem często nie jest przez nich rozpoznawany — lecz z poczuciem, że coś w ich życiu nie działa, mimo że wszystko wygląda poprawnie. Sprawność funkcjonowania i wewnętrzna pustka potrafią przez lata koegzystować, nie wchodząc ze sobą w kolizję.

Powieść Ernesta Hemingwaya „Komu bije dzwon” [1], zazwyczaj odczytywana jest jako opowieść o wojnie i odwadze. Może jednak być interpretowana także jako portret psychologiczny człowieka, u którego odcięcie od własnej emocjonalności stało się fundamentem przetrwania. Historia Roberta Jordana odsłania mechanizmy kształtujące się w odpowiedzi na doświadczenie, wobec których jako dziecko pozostawał bezbronny. Pokazuje też, co zostaje utracone, gdy wewnętrzne mosty zostają zbyt wcześnie wysadzone.

Ojciec jako wzorzec przeżywania

W psychoanalitycznym rozumieniu rola ojca wobec dziecka wykracza daleko poza wymiar społeczny czy wychowawczy. Nie jest on jedynie autorytetem ustalającym normy. Jest, zwłaszcza dla syna, pierwszym modelem tego, jak mężczyzna przeżywa własne życie wewnętrzne. Patrząc na ojca, chłopiec uczy się czy wolno mu mieć pragnienia i jak radzić sobie z kłopotliwymi uczuciami. Obserwuje czy można się bać lub być bezradnym, nie ulegając przy tym rozpadowi. Sprawdza, na ile uczucia są przestrzenią, w której da się żyć, a na ile są zagrożeniem, przed którym należy się chronić. Tym samym ojciec wspiera zdolność dziecka do mentalizacji, czyli do rozumienia własnych i cudzych stanów psychicznych [2]. Jego obecność umożliwia również uruchomienie procesu separacji. Pozwala bowiem dziecku na odkrywanie możliwości własnego istnienia poza pierwotną diadą z matką [2]. 

Jak zauważa Fakhry Davids, dojrzała męskość kształtuje się nie poprzez kontakt z ideałem, lecz dzięki uwewnętrznieniu obrazu ojca realnego, radzącego sobie z ograniczeniami, porażkami i własną niedoskonałością [2]. W świecie Roberta Jordana ten fundament został jednak brutalnie zburzony. Samobójstwo ojca, choć wspominane mimochodem, rzuca cień na każdy krok bohatera. Jordan unika bezpośredniej konfrontacji z traumą, a mimo to wraca do niej wielokrotnie poprzez projekcję. Przypisuje myśli o samounicestwieniu innym mężczyznom i analizuje ich postawy wobec ostatecznych wyborów. W rzutowaniu na otoczenie tego, czego nie potrafi pomyśleć o sobie, kryje się próba zrozumienia sensu czynu ojca. Jednocześnie jest w tym też lęk przed odnalezieniem w sobie czegoś równie destrukcyjnego.

Kontener, którego nie było

Wilfred Bion zwracał uwagę na fundamentalne znaczenie obecności rodzica, który potrafi pomieścić w swoim umyśle chaotyczne i nieprzetworzone doznania dziecka, a następnie zwrócić je w formie możliwej do zniesienia [3]. Proces ten rozwija zdolność regulowania emocji i tolerowania frustracji. Gdy tej pierwotnej wymiany zabraknie, niezmiernie trudno jest nadawać symboliczne znaczenie własnym przeżyciom.

Ojciec Jordana nie był w stanie spełnić tej roli. Sam rozpadł się pod ciężarem doświadczanych emocji. Abdykował, pozostawiając syna bez dorosłego towarzysza, który mógłby pokazać swoim istnieniem, że „da się to przeżyć”. Takie osierocenie kształtuje przekonanie, że skoro rodzic nie wytrzymał naporu własnych uczuć, to emocje są śmiertelnie niebezpieczne. Wówczas jedyną instytucją zdolną zapewnić bezpieczeństwo jest intelekt i niemal całkowite zahamowanie tego, co w człowieku jest żywe.

W obliczu tej pustki Jordan zwrócił się ku idealizowanej postaci dziadka. Figura bohaterskiego przodka stała się dla niego zastępczym punktem odniesienia, psychiczną protezą. Dostarcza ona obrazu do naśladowania, ale nie daje doświadczenia bycia „trzymanym”.

Gdy nadciąga katastrofa, która wydarzyła się w przeszłości

Osoby, których bliscy targnęli się na własne życie, doświadczyli poważnego kryzysu psychicznego lub zmagali się z uzależnieniem, często noszą w sobie trudny do ujawnienia lęk. Zawiera on w sobie pytanie: czy we mnie też jest to ziarno szaleństwa? Czy jeśli przestanę się kontrolować, to czy nie zacznę się rozpadać?

Formujące się w ten sposób obawy przed katastrofą paradoksalnie rzadko bywają łączone z przeszłością. Częściej osadzane są w czymś nieokreślonym, co dopiero miałoby nadciągnąć [4]. Przybierają formę niepokoju, że „wydarzy się coś złego”. To wzmaga potrzebę kontroli nad sobą i otoczeniem, skłania do przeceniania znaczenia sprawności i skuteczności oraz utwierdza w głębokiej nieufności wobec własnych emocji.

W powieści Hemingwaya, nieprzepracowana strata ojca staje się właśnie taką katastrofą, której Robert Jordan obsesyjnie wypatruje w przyszłości. Temat samobójstwa krąży po peryferiach jego myśli i przybiera postać niezwykłej czujności na wszelkie oznaki tego, czy inni mogą się „złamać”. Nie potrafiąc dopuścić do siebie żałoby, zaczyna ją nieświadomie rozgrywać w działaniu, stawiając siebie w sytuacjach granicznych.

Symbolicznym momentem jest scena, w której Jordan prosi Pilar o wyczytanie przyszłości z dłoni. Milczenie kobiety, która dostrzega widmo zbliżającej się śmierci, bohater natychmiast racjonalizuje. Deklaruje brak wiary w przeczucia czy historie o „zapachu śmierci”, a jednocześnie żyje w głębokim poczuciu nieuchronności własnego losu. Choć misja wysadzenia mostu od początku jawi się jako samobójcza, Jordan brnie w nią, jakby jedynym sposobem na zmierzenie się z dziedzictwem ojca było wystawienie własnej odwagi na ostateczną próbę. W ten sposób, uciekając przed pytaniem o sens odebrania sobie życia, nieświadomie podąża drogą, która prowadzi go prosto ku jego powtórzeniu.

Anselmo, czyli integracja jako alternatywa

Hemingway pokazuje, że wyjście ze stanu „zamrożenia” jest możliwe dzięki relacji. Jordan, aby móc wykonać swoją misję korzysta z pomocy starego przewodnika imieniem Anselmo. Pomaga on Robertowi trafić do partyzanckiego oddziału ukrywającego się w górach, a później towarzyszy w detonacji ładunków wybuchowych na moście. Mężczyzna uosabia coś, czego Jordan dotąd nie doświadczył. Potrafi się bać i mówić o tym otwarcie. Potrafi płakać po śmierci człowieka, nawet jeśli ten stał po drugiej stronie konfliktu. Wytrzymuje noszony w sobie lęk i wyrzuty sumienia, trwając odpowiedzialnie na posterunku. Pozostaje w pełnym kontakcie z tym, co przeżywa.

Anselmo staje się dla Jordana tym, co Donald Winnicott nazywał „wystarczająco dobrym” obiektem [5]. Ten wystarczająco dobry model męskości pokazuje, że siła nie wymaga odcięcia, a dojrzałość nie polega na eliminacji wrażliwości, lecz na jej integracji z działaniem.

Wspólna żałoba jako antidotum na przerażenie

Gdy partyzanci nasłuchują z oddali masakry oddziału El Sordo, wiedzą, że nie mogą nic zrobić by zatrzymać wydarzenia. Nie mogą też uciec w działanie by rozproszyć odczuwaną bezradność, strach, czy świadomość własnej śmiertelności. Ta niezmiernie trudna sytuacja stanowi ważny kontrapunkt w doświadczeniu Jordana. Nie jest w niej bowiem osamotniony. Doświadczenie grupowej żałoby działa jak antidotum na przerażenie [6] i pozwala spojrzeć na siebie jako na kogoś, kto nie jest już „osobny”. Wspólne przeżywanie trudnych emocji staje się fundamentem poczucia wzajemnego powiązania.

Uczucia Jordana już nie muszą być z taką siłą odszczepiane. Przestają być poważnym zagrożeniem dla jego równowagi. Mogą zaistnieć w przestrzeni między ludźmi i zostać zniesione bez katastrofy. Kontenerowanie, którego nie doświadczył w dzieciństwie, zostaje tu — w nieoczekiwanych okolicznościach, w środku wojny — ofiarowane przez grupę. Mechanizm ten przypomina dynamikę grupy psychoterapeutycznej. Współcześnie to właśnie taka grupa staje się dla wielu osób jedynym miejscem, gdzie „rozproszenie bezradności” nie odbywa się poprzez ucieczkę w działanie, lecz poprzez odważne bycie z innymi w prawdzie o swoim bólu.

Judith Lewis Herman analizując wpływ traumy zwracała uwagę, że izolacja jest jednocześnie jej skutkiem, jak i czynnikiem wzmacniającym cierpienie. Towarzyszy jej przeżycie, że to, czego się doświadcza jest tak szczególne i tak niszczące, że żaden inny człowiek nie mógłby go pomieścić [6]. Wspólnota odwraca ten ruch. Sprawia, że ból jest ludzki i dzielony, a bezradność nie jest dowodem słabości jednostki, lecz elementem człowieczeństwa.

Architektura zerwanych połączeń

Opisany przez Hemingwaya wzorzec nie należy wyłącznie do kultury hiszpańskiej i nie zamyka się w tych trzech dobach maja 1937 roku. We współczesnej męskości również można odnaleźć tendencje do budowania sprawnego funkcjonowania kosztem zdolności do przeżywania. Tam, gdzie zabrakło rodzica pomagającego oswoić uczucia, wykształca się wewnętrzna architektura odcięć. Każda skuteczna misja staje się cegłą w murze, który chroni przed powodzią.

Jednak z czasem staje się jasne, że mur, który pierwotnie miał chronić, sam staje się źródłem cierpienia. Każda próba znieczulenia się, każde wewnętrzne odcięcie sprawia, że psychika staje się z czasem bardziej pusta i bardziej krucha. Nawet jeśli z zewnątrz prezentuje się jako niezłomna. Trauma, której nie da się pomyśleć ani opłakać, nie znika. Zamienia się w działanie, w powtarzające się wzorce, w relacje, które nie wychodzą z niejasnych przyczyn, w lęk przed bliskością maskujący się jako potrzeba niezależności.

Warto zatrzymać się przy pytaniu, czy emocjonalny chłód i precyzja wykonywania życiowych zadań nie są niekiedy ucieczką przed tym, co w człowieku autentyczne. Czy nie dochodzi do wysadzania w sobie mostów, które byłyby jedyną drogą do kogoś drugiego. I czy siła, pielęgnowana z taką starannością, nie jest czasem murem postawionym przez przestraszone dziecko. Dziecko, które nie miało obok siebie nikogo wystarczająco dorosłego, by powiedzieć: można to czuć. Można z tym żyć.

Ostatecznie to nie chłodny intelekt i izolacja od uczuć, ale uwewnętrzniona obecność drugiego człowieka pozwala budować psychiczną odporność (rozumianą jako zdolność do przeżywania bez utraty siebie). Psychika nie umacnia się przez odcięcie od tego, co trudne, lecz przez doświadczenie, że trudne można znieść w obecności innego.

 

Bibliografia:

  1. Hemingway E. (2024) Komu bije dzwon, Warszawa: Wydawnictwo Marginesy.
  2. Trowell J., Etchegoyen A. (2023) Po co są ojcowie? Rozważania psychoanalityczne. Warszawa: Oficyna Ingenium.
  3. Bion W. R. (2011) Uczenie się na podstawie doświadczenia. Warszawa: Oficyna Ingenium.
  4. Winnicott D.W. Fear of Breakdown. International Review of Psychoanalysis, 1974; 1, 103-107.
  5. Winnicott D.W. (2021) Procesy dojrzewania i sprzyjające środowisko: Badania nad teorią rozwoju emocjonalnego. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne.
  6. Herman, J. L. (2003) Wspólnota. W: Przemoc – uraz psychiczny i powrót do równowagi, Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne.