„Czasem zdaje mi się, że nie do mnie się przysiadasz, tylko do tęsknoty mojej.
(…) Może bez niej każdy to puste naczynie, wypełnione dopiero brakiem kogoś.”
(J. Jarno „Światłoczułość”)
Za sprawą nowej adaptacji filmowej w przestrzeni publicznej ponownie zaistniały „Wichrowe Wzgórza”. Powieść Emily Brontë [1] bywa odczytywana jako symbol namiętnej i destrukcyjnej miłości, ale można dostrzec w niej również studium melancholii. Z tej perspektywy staje się punktem wyjścia dla refleksji nad wpływem nierozpoznanej straty na zdolność budowania związków oraz nad powodami, dla których niektórzy tkwią w relacjach przynoszących cierpienie.
W powieści Heathcliff jako dziecko zostaje przygarnięty przez rodzinę Earnshaw. Nigdy jednak nie staje się jej pełnoprawnym członkiem. Jedynie miłość Catherine oferuje mu więź dającą poczucie przynależności. Gdy ją traci, traci nie tylko ukochaną, lecz całą strukturę wewnętrznego świata. Dotyka to doświadczenia tak fundamentalnego, że jego psychika nie jest w stanie w pełni pomieścić ani symbolicznie opracować związanych z nim uczuć.
Uruchomione wówczas mechanizmy obronne prowadzą do nieświadomej identyfikacji z utraconym obiektem i pojawienia się stanu melancholii. Catherine staje się dla Heathcliffa obiektem wewnętrznym, którego nie może ani utracić, ani odzyskać. Ten wewnętrzny impas blokuje zdolność do tworzenia nowych więzi. Skłania również do zwrócenie się ku perwersyjnym i sadystycznym rozegraniom w relacjach z innymi. W ich centrum dominuje potrzeba kontroli i potwierdzenia własnej siły, będące zaprzeczeniem lęku czy poczucia bezradności.
Niemożność uznania straty organizuje sposób wybierania partnerów, reagowania na bliskość i przeżywania konfliktów. Zmienia związki w przestrzeń niepewności, lęku przed zależnością, nadmiarowych reakcji i nieustannej czujności. Skłania do powtarzania wzorców wyboru niedostępnych partnerów oraz do projektowania na nich uczuć i zranień, które nie znalazły ujścia w przeszłości.
Przestrzeń między obecnością a nieobecnością
Sposób, w jaki radzimy sobie ze stratą, ściśle wiąże się z tym, na ile potrafimy myśleć o tym, co zostało utracone [2]. Jeśli jesteśmy w stanie utrzymać w świadomości obraz nieobecnej osoby czy relacji, możemy doświadczyć smutku i stopniowo przejść przez proces żałoby. Pozwala to na symboliczne opracowanie bolesnego doświadczenia i zachowanie zdolności do kochania.
Zdarza się jednak, że strata wymyka się świadomości. Nie potrafimy jednoznacznie powiedzieć czego dotyczyła, choć jej echo wciąż rezonuje w teraźniejszości. W takich sytuacjach cierpienie nie ma wyraźnego obiektu, a brak pozostaje nienazwany.
Pojawia się wówczas melancholia, której towarzyszy tęsknota za czymś nieuchwytnym oraz poczucie wewnętrznej pustki. Narastające zobojętnienie i zniechęcenie utrudniają czerpanie satysfakcji z życia. Nierzadko uruchamia się również skłonność do samoobwiniania, uporczywe wracanie do dawnych krzywd oraz przekonanie, że nie zasługuje się na spokój czy miłość. Czasem łączy się to też z niejasnym przeczuciem, że zbliża się jakaś katastrofa [3].
Melancholia to jednak coś więcej niż smutek. To sposób przeżywania relacji, w którym nieświadoma próba ożywienia utraconego obiektu splata się z zaprzeczaniem stracie. Może przejawiać się jako przywiązanie do bólu, który paradoksalnie, staje się metodą utrzymania połączenia z kimś, kogo już nie ma.
Stan ten jest wyrazem nieświadomej identyfikacji z utraconym kochanym obiektem i kierowania złości na obiekt zastępczy, czyli przeciwko własnemu „ja” [4]. Człowiek staje się jednocześnie kimś, kto tęskni i kimś, kto został porzucony.
Opisywana strata nie musi oznaczać śmierci w dosłownym sensie. Może wynikać z głębokiego rozczarowania, zdrady, zaniedbania lub długotrwałej emocjonalnej niedostępności ukochanej osoby. W relacjach romantycznych poważne naruszenie poczucia bezpieczeństwa uruchamia niekiedy uporczywe powracanie do bolesnych słów i niewyjaśnionych momentów.
Pozornie działania te pomagają zrozumieć, co doprowadziło do rozpadu. W rzeczywistości jednak są formą zadręczania się i podtrzymywania poczucia krzywdy. Unieruchamiają i nie pozwalają ani na naprawę tego, co uszkodzone, ani na stworzenie nowej relacji z kimś dostępnym i gotowym się zaangażować.
Wiele par latami trwają w układzie pełnym frustracji, wzajemnych oskarżeń i poczucia opuszczenia. Utykają gdzieś pomiędzy samotnością a byciem w kontakcie pełnym silnych emocji. Nie potrafią ani się pożegnać, ani zbliżyć z obawy przed powtórzeniem dawnej katastrofy.
Gdy wewnątrz mieszka „martwy obiekt”
Hanna Segal [5] oraz John Steiner [6] zwracali uwagę, że obrony przed dopuszczeniem do siebie uczucia straty bywają niezwykle kosztowne. Prowadzą do zatarcia granicy między self a utraconym obiektem. W efekcie skutkuje to zubożeniem własnej tożsamości i traktowania siebie tak, jakby samemu było się tym, kto odszedł.
Mechanizm ten szczególnie wyraźnie widać w „Wichrowych Wzgórzach”. Heathcliff, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią Catherine, domaga się jej dalszej obecności nawet za cenę własnego cierpienia. Funkcjonuje tak, jakby sam był zawieszony pomiędzy życiem a śmiercią.
Prosi ducha kobiety, by go dręczyła i doprowadziła do obłędu, byle tylko nie odchodziła. Woli relację opartą na prześladowaniu niż doświadczenie pustki. Ból staje się jego sposobem zachowania resztek poczucia więzi. Podporządkowuje mu również swoje otoczenie, poszukując odwetu za doznane krzywdy i niszcząc każdy przejaw autonomii, spokoju czy radości.
Skrajność tej figury pozwala dostrzec, jak głęboko zerwanie więzi może naruszyć poczucie ciągłości własnego istnienia.
Michał Musiał podkreślał, że “spójne poczucie siebie zależy od wewnętrznej więzi z kochanym obiektem, jego miłości i ochrony” [7]. Dlatego zerwanie więzi jest szczególnie dotkliwe we wczesnym dzieciństwie, gdy „bycie trzymanym” przez rodzica stanowi fundament rozwoju psychicznego [8]. Dla dziecka emocjonalne opuszczenie jest katastrofą porównywalną do śmierci.
André Green [9] wprowadził pojęcie „martwej matki” jako metaforę sytuacji, w której ważny opiekun emocjonalnie się odwraca, np. z powodu pogrążenia w depresji i zaabsorbowania własnym smutkiem. Dziecko, nie rozumiejąc przyczyn dystansu, bierze odpowiedzialność na siebie, zostając z przytłaczającym poczuciem winy.
Chcąc ochronić się przed rozpaczą zamiera wewnętrznie, dopasowując się do obojętności rodzica. W dorosłości wciąż nosi w sobie ślad tamtych doświadczeń. Nie potrafi uniezależnić się emocjonalnie od utraconego obiektu. Tęskni za czymś, czego nigdy nie dostało, samemu nie wiedząc czego dokładnie mu brak. Poszukuje tego w kolejnych relacjach i aktywnościach.
Niektórzy sięgają po substancje psychoaktywne, czyniąc z nich obiekt swego przywiązania. Inni nieświadomie odtwarzają relację z „martwym” wybierając partnerów, którzy są emocjonalnie chwiejni i niedostępni. Znana pustka bywa mniej przerażająca niż ryzyko autentycznej bliskości.
Tak rozumianą relację z nieobecnością odnajdziemy również w obrazach Edwarda Hoppera. Malowani przez niego ludzie zajmują wspólną przestrzeń, a mimo to pozostają od siebie oddaleni. Ich spojrzenia kierują się poza kadr. Mijają się w przestrzeni i czasie, nie mogąc wejść ze sobą w żywy kontakt. Uchwycona przez malarza samotność nie wynika z fizycznej izolacji, lecz z tęsknoty za czymś nieokreślonym.
Artysta przyznawał, że w swojej pracy koncentrował się na chęci oddania wrażenia wywołanego przez światło padające na przedmiot [10]. Postaci zatrzymane w tym świetle stają się zatem swego rodzaju martwą naturą. Owa martwota koresponduje z psychicznym zastygnięciem obecnym w melancholii.
Gdy trudno być „tu i teraz”
Brak psychicznej separacji z utraconym obiektem sprawia, że trudno jest widzieć osoby realnie obecne w otoczeniu. Partner staje się ekranem dla dawnych tęsknot, lęków i rozczarowania. Konflikty rozgrywające się w związku, rzadko dotyczą jedynie bieżącej sytuacji. Częściej stanowią próbę poradzenia sobie z przeszłością.
Tęsknota podtrzymuje złudzenie utraty czegoś idealnego, niezbędnego do odczuwania radości i niemożliwego do zastąpienia. Tak silne przywiązanie do martwego źródła miłości zaburza wewnętrzną przestrzeń. Człowiek staje się kimś, kto sam nie potrafi być żywy i obecny.
Ten mechanizm trafnie oddaje fragment powieści „Światłoczułość” [11]: „Poznałem ich dużo lepiej jako martwych niż jako żywych. Może nie tylko ich, bo czasem jak kto odchodzi, dopiero pojawia się w naszym życiu. Z nimi tak było. Matka od tamtej pory została ze mną już na zawsze (…) Za życia nie chciała mnie ani ona dopuszczać do siebie, ani ojciec. (…) Dopiero się na dobre poznaliśmy, jak ich już nie było. Ale wtedy wydawało się, że już nikogo poznawać nie będę, a siebie najmniej.”
Cytat ten ukazuje złudzenie cieplejszej relacji rozgrywającej się w fantazji bohatera niż w rzeczywistości. Daje to złudzenie kontroli i ochrony przed opuszczeniem. Uniemożliwia jednak autentyczne poznawanie samego siebie i budowanie nowych połączeń.
Seks jako próba ożywienia utraconego obiektu
Na poziomie nieświadomym seksualność w melancholii może służyć podtrzymaniu więzi z utraconym obiektem, próbę jego symbolicznego ożywienia lub ukarania. W takim układzie relacja seksualna przestaje być przestrzenią spotkania, a staje się powtórzeniem relacji spragnionego dziecka i karmiącego lub odrzucającego rodzica [5].
Pobudzenie fizyczne może być zachowane, ale przyjemność bywa osłabiona lub nietrwała. Spadek libido i wycofanie mogą wyrażać nieświadome przekonanie, że dążenie do bliskości oznaczało nielojalność względem utraconej osoby [12]. Seksualność zostaje wówczas odłączona od pragnienia i skierowana w stronę narcystycznej izolacji. Pojawia się zamrożenie i unikanie intymności. Czasem pobudzeniu towarzyszą również objawy bólowe, jak ma to miejsce w dyspareunii czy pochwicy.
Niektórzy reagują jednak odwrotnie i chronią się w nadmiarze. Wówczas aktywność seksualna pełni funkcję ucieczki od pustki i próbę przywrócenia iluzji witalności. Pragnienie intensyfikuje się, przypominając przymusowy głód kontaktu. Badania neurobiologiczne [13] wskazują, że utrata ukochanej osoby aktywuje te same obszary mózgu, co „głód narkotyku”. Intensywność pragnienia służy jednak podtrzymaniu fantazmatycznego związku, a nie realnej bliskości [14]. Paradoksalnie pogłębia to uczucie osamotnienia [9].
Melancholia w gabinecie psychoterapii
W psychoterapii temat utraty i braku często powraca w subtelny sposób. Pacjent może doświadczać chwil, w których czuje, że terapeuta „oddala się”, a kontakt z nim staje się niepewny. Są to chwile nasilania konkretnego sposobu myślenia, usztywniania się lub słownego przepychania. Narastające poczucie braku dostępu do drugiej osoby służy maskowaniu lęku przed utratą kogoś ważnego. Z drugiej strony stanowi to szansę doświadczenia czegoś nowego – możliwości reparacji więzi z osobą, która nie znika.
Stabilność relacji terapeutycznej pozwala na stopniowe rozpoznawanie tego, co należy do przeszłości, a co do teraźniejszości, co jest projekcją dawnego bólu, a co realną trudnością w obecnej relacji.
Symboliczne oddzielanie utraconego obiektu od własnego self jest warunkiem odzyskiwania siebie. To nieśpieszny proces rezygnacji z idealizacji nieobecnej osoby i pragnienia karania jej za wyrządzone krzywdy. Wymaga nazwania tego, co wcześniej było nienazwane, uznania straty i zmierzenia się z procesem żałoby. Dopiero wtedy możliwe jest bycie obecnym w relacjach i swoim życiu.
Bibliografia:
