Niedawno miałam okazję trafić na norweski film Lilji Ingolfsdottir „Być kochaną”. W moim odczuciu to jednak anglojęzyczny tytuł – „Loveable”, trafniej oddaje sedno przedstawionej historii. Przenosi on uwagę z samego aktu obdarzania uczuciem na głębszą, bardziej fundamentalną płaszczyznę – zdolność do wzbudzania i przyjmowania miłości. To subtelne przesunięcie akcentu od czynności do stanu wewnętrznego, podkreśla wagę poczucia, że jest się kimś, kogo można kochać, kogo obecność jest przyjemna i dająca innym radość. Otwiera jednocześnie przestrzeń do refleksji nad tym, jak powstaje i jak kruszy się poczucie „jestem loveable”.
Film Ingolfsdottir staje się poruszającą ilustracją procesu stopniowego wyłaniania się takiego sposobu doświadczania siebie. Pokazuje, jak bardzo jest ono zjawiskiem relacyjnym, ukształtowanym w dialogu z tymi, którzy nas widzieli lub nie potrafili zobaczyć. To opowieść o ruchu ku drugiej osobie, o pęknięciu w więzi przeżywanym jako katastrofa i o tym, że nawet po stracie można odzyskać wewnętrzną spójność.
Poniższy artykuł jest próbą analizy mechanizmów, które budują lub niszczą poczucie bycia wartym miłości. Film posłuży mi jako ilustracja procesów opisanych przez psychologię relacji, teorię przywiązania i współczesną psychoanalizę.
Kiedy rozwój zaczyna się od kryzysu
Marię poznajemy w momencie, gdy w jej życiu pojawia się fascynacja Sigmundem. Nim nawiązują więź, mężczyzna zdaje się jednak jej nie dostrzegać. Ta początkowa asymetria nie musi być obiektywnie znacząca. Może jednak wpisywać się w wewnętrzne historie bliskości obojga partnerów, stając się elementem organizującym obraz ich późniejszej relacji. Na nieświadomym poziomie poczucie, że któraś ze stron musi wykonać większą pracę i jest bardziej zaangażowana może kształtować sposób interpretacji gestów drugiej osoby, np. chwilowego wycofania czy poszukiwania własnej przestrzeni.
Kiedy widzimy ich już jako patchworkową rodzinę z czwórką dzieci, codzienność ujawnia niespełnione ambicje, niewyrażone potrzeby i narastające napięcie. Powrót Sigmunda po dłuższej nieobecności w domu szybko przeradza się w konflikt, odsłaniając głęboki kryzys pary. Próba nazwania problemów kieruje ich na terapię, lecz ostatecznie tylko Maria decyduje się kontynuować pracę.
Towarzyszy jej wtedy przeżycie, że jeśli dojdzie do rozwodu, to ona „umrze”. Ten rodzaj lęku (totalny, anihilacyjny) wydaje się mieć bardzo pierwotny charakter. Przywołuje skojarzenia z niemowlęcym doświadczeniem zależności, gdy utrata obiektu jest równoznaczna z utratą życia psychicznego. Maria czuje się zależna od męża w sposób, który wykracza poza dojrzałą więź dorosłych. Perspektywa, że Sigmund mógłby jej nie potrzebować w takim samym stopniu, jak ona jego, staje się dla niej zagrożeniem.
Dzięki terapii Maria stopniowo dostrzega, że jej działania mające „zakotwiczyć” męża w ich związku, przynosiły odwrotny efekt. Nasilona kontrola, zamiast wzmacniać więź, odbierała przestrzeń niezbędną do swobodnego bycia ze sobą.
Skupiając się na własnej odpowiedzialności, kobieta zaczyna lepiej rozumieć samą siebie. Dostrzega swój lęk, a także wynikające z niego próby wzbudzania w partnerze poczucia winy i strachu przed utratą jej obecności. Widzi, że chciała, by Sigmund poczuł to, co ona – że druga osoba ma więcej zasobów i że samemu niewiele się znaczy. On z kolei jest milczący i wycofany. Dopiero na sesji terapeutycznej przyznaje, że czuł się osaczony i pozbawiony własnej przestrzeni. Jego częste i długie wyjazdy do pracy stają się w tym światle próbą regulowania lęku przed zależnością i przytłoczenia.
Korzenie tej dynamiki
Tego rodzaju dynamika w relacji pary często jest związana z lękowo-ambiwalentnym stylem przywiązania. Pragnienie bliskości splata się z lękiem przed zależnością. Partner staje się jednocześnie źródłem ukojenia i zagrożeniem. Oddalenie, nawet na chwilę, bywa przeżywane jako porzucenie. Wówczas napięcie i złość zastępują radość z ponownego spotkania.
Teoria przywiązania podkreśla, że wczesne doświadczenia z opiekunami tworzą matrycę późniejszych przekonań o sobie i o innych. Jeśli rodzic jest obecny psychicznie i reaguje w sposób przewidywalny, dziecko uczy się, że jego potrzeby mają znaczenie, a więź jest czymś co można utrzymać pomimo frustracji. Jeśli jednak opiekun jest niestabilny i nieobecny emocjonalnie, dziecko naturalnie zaczyna odczuwać lęk, że na miłość trzeba „zasłużyć”, a jednocześnie, że nigdy nie jest wystarczająco dobrym.
W dorosłym życiu do głosu dochodzi wtedy niepewność, czy druga strona widzi coś dla czego warto wrócić? Maria nie dostrzegała w sobie wartości, dla której można by ją kochać. Nie znajdywała zatem wewnętrznego głosu mówiącego, że Sigmund może do niej wracać, bo tego chce.
Przekaz międzypokoleniowy i relacje z dziećmi
Film ukazuje również, jak ważne jest zrozumienie własnych doświadczeń w kontekście historii rodzinnej. Scena rozmowy Marii z matką odsłania jak trudności z przyjmowaniem troski i bliskości są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Matka Marii, zanurzona w żalu po odejściu męża, sama oczekiwała opieki. Choć starała się zadbać o wychowanie dzieci, jej emocjonalna niedostępność uniemożliwiała zaspokojenie ich emocjonalnych potrzeb.
Kiedy Maria zauważa, że dawanie nie sprawiało matce przyjemności, ta reaguje zaskoczeniem i wycofaniem. Widzimy, jak bycie widzianą uruchamia jej lęk – lęk, który łatwo pomylić z obojętnością.
Podobne zjawisko pojawia się czasem w gabinecie psychoterapeutycznym. Pacjent, który przez lata chronił się przed byciem dostrzeżonym, słysząc coś, co go porusza, może początkowo reagować lękiem, wstydem, a nawet złością. Próba nazwania cierpienia odbierana bywa jako zarzut, krytyka.
Dla Marii, rozmowa z matką staje się momentem wglądu. Nie służy atakowi. Pozwala zobaczyć mechanizm powielania raniących scenariuszy. Zrozumieć, że siła przypisywana kobietom w jej rodzie, nie wynika z połączenia, lecz z braku dostępu do emocji i potrzeb, z odcinania się i udawania że „da się radę”.
Ten wgląd łączy się z wcześniejszym momentem konfrontacji Marii z córką. Dziewczynka mówi, że nie potrafi być tak silna jak ona. Dostrzeżenie kruchości w córce i jej potrzeby większej uwagi ze strony Marii, pozwala na bolesne, ale kluczowe zrozumienie, że samowystarczalność, którą nosiła jak zbroję, oddzielała ją nie tylko od własnych uczuć, lecz także od uczuć bliskich.
Odzyskiwanie siebie
Rozwój Marii polega na stopniowym odzyskiwaniu kontaktu z własnymi emocjami i rezygnacji ze strategii obronnych, które miały chronić, lecz w rzeczywistości unieważniały jej potrzeby. Uczy się, że wartość nie wynika z tego, czy partner wybiera ją każdego dnia, ale z jej własnej wewnętrznej spójności.
W jednej z ostatnich scen Maria mówi do siebie, że czuje się dobrym człowiekiem i, że siebie kocha. Jest to moment ugruntowania, sygnał, że w jej wnętrzu powstała wystarczająco stabilna baza, z której można patrzeć na relację bez przerażenia. Dzięki temu także decyzja o rozstaniu nie jest już katastrofą, lecz wydarzeniem, które można pomieścić, zrozumieć i uszanować.
Zdolność do bycia kochaną
Film Ingolfsdottir ukazuje, że zdolność do bycia kochanym nie jest prostą konsekwencją tego, jak traktują nas inni, lecz wynika z wewnętrznej gotowości, by dopuścić do siebie czułość, zależność i miłość. Wymaga to rozwijania mentalizacji, czyli umiejętności dostrzegania, że zarówno w nas, jak i innych działają uczucia oraz myśli, które nadają sens zachowaniom i relacjom. Potrzebna jest także zdolność tolerowania ambiwalencji oraz uznania odrębności drugiej osoby.
W codziennym życiu proces ten przebiega znacznie wolniej niż w filmowej narracji. Nierzadko wymaga lat, by oswoić lęk przed zależnością, rozpoznać obrony, które przez lata chroniły, ale równocześnie zubożały życie emocjonalne, i stopniowo wypracować bardziej dojrzały sposób bycia w relacji. A jednak, jak pokazuje historia Marii, nawet niewielkie przesunięcia w wewnętrznej organizacji mogą przynosić zaskakująco głębokie zmiany.
Szczególnie wyraźnie widać to w relacji z dziećmi. Kiedy rodzic staje się choć trochę bardziej dostępny psychicznie, gotowy na prawdziwe spotkanie, skutki pojawiają się niemal natychmiast. Gdy tak, jak Maria, potrafi wytrzymać napór emocji dziecka, nie interpretuje go jako ataku, lecz jako intensywną prośbę o więź, możliwe staje się budowanie autentycznej bliskości. Bliskości opartej nie na idealizacji, lecz na uznaniu wzajemnej kruchości i na doświadczeniu, że relacja może pomieścić zarówno miłość, jak i frustrację.
