Kiedy trudno jest zamieszkać w sobie

Christopher Bollas [1] pisał, że dorastanie w danym miejscu i w określonych relacjach sprawia, że człowiek staje się częścią nieświadomej formacji, która wpływa na sposób doświadczania życia. Ludzie noszą w sobie obrazy relacji i miejsc istniejących i tych, które choć zniknęły, wciąż pozostają częścią wewnętrznej topografii. Są jak ulice czy budynki miasta, którego kształt zmienił się, lecz w pamięci nadal zachowuje dawną strukturę.

Kiedy opuszcza się czy też traci dom, traci się zarazem pewną części samego siebie. Utrata ta może mieć wymiar zewnętrzny, ale często dotyczy głębszego, wewnętrznego świata – tego, co daje poczucie zakorzenienia, bezpieczeństwa i ciągłości. Jej skala zależy między innymi od tego, jak wcześnie w życiu została doświadczona.

W wymiarze psychicznym wiąże się z zerwaniem kontaktu z własnymi uczuciami, z utratą poczucia bezpieczeństwa czy bliskości w ważnych relacjach. Wówczas człowiek zaczyna uciekać z tego wewnętrznego domu, niekiedy zupełnie nieświadomie. W ten sposób próbuje ochronić się przed tym, co w nim zostaje i wydaje się zbyt bolesne, chaotyczne, nie do zniesienia. Ucieczka staje się formą obrony przed cierpieniem, smutkiem czy lękiem. Nie oznacza to jednak braku tęsknoty za tym, co utracone czy opuszczone.

W twórczości Olgi Tokarczuk, zwłaszcza w powieści Bieguni [2], pojawia się wątek tęsknoty za domem, która przeradza się w potrzebę nieustannego ruchu. Bohaterowie niczym nomadzi, nie zatrzymują się nigdzie na długo – podróżują, zmieniają miejsca, obserwują świat z zewnątrz, ale nie zatrzymują się we własnym wnętrzu. Stają się wędrowcami, dla których ciągły ruch jest formą ucieczki przed emocjami. Emocjami, których nie sposób pomieścić. Zatrzymanie grozi wizją rozpadu i przygniatającą konfrontacją ze smutkiem, samotnością, pustką czy rozpaczą. Jest to próba ucieczki od odpowiedzialności, przeciążenia życiem i wymaganiami.

W gabinecie psychoterapeutycznym, niekiedy pojawiają się pacjenci o podobnym wzorcu postępowania. W ich życiu widać potrzebę ciągłej aktywności – są zapracowani, w ciągłym biegu, stale w podróży, uzależnieni od bodźców: dźwięków, obrazów, informacji, powiadomień. Przebywają głównie w rzeczywistości zewnętrznej – tej, która nie wymaga myślenia o uczuciach. Wewnętrzna przestrzeń wydaje się dla nich niedostępna, a próby jej eksploracji wywołują lęk, niepokój, dezorganizację. Zatrzymanie się, nawet na moment, bywa przeżywane jako zagrożenie, jakby cisza miała obnażyć chaos, pustkę lub rozpacz ukrytą tuż pod powierzchnią.

Z czasem pacjenci ci zaczynają opowiadać o poczuciu trudnej do określenia utraty, którą w sobie noszą. Utraty czegoś niezwykle ważnego, jakiegoś wewnętrznego elementu, bez którego trudno jest pójść dalej. Mówią o staraniach, aby sprawnie funkcjonować, maskując tę stratę, ale utykają w jakimś miejscu swej przeszłości. Powtarzają pewien wzorzec kontaktu z ludźmi i postępowania, jakby coś w ich życiu rozgrywało się wciąż na nowo, ale nie prowadziło do zmiany. Niekiedy patrząc na świat wokół czują, że ich uczucia nie przystają do ich życia, do tego, co widzą. Zauważają, że podejmowane próby uzyskania poczucia bezpieczeństwa i kontroli prowadzą ich do punktu, w którym nasilają się wątpliwości o sens dokonanych wyborów, o własną tożsamość, o to kim naprawdę są.

Autor książki „Światłoczułość” [3] głosem narratora wyraża przekonanie, że „noszenie w sobie książek” pozwala opowiedzieć o sobie – zarówno drugiemu człowiekowi, jak i samemu sobie. Daje też podstawy do prób zrozumienia opowieści innego. Te wewnętrzne biblioteki dają słowa, zdania, punkty odniesienia – tworzą płaszczyznę porozumienia.

Język i obrazy niesione w kulturze pokazują wartość dialogu. Nie chronią wprawdzie przed pytaniem o możliwość bycia zrozumianym, gdy członków dialogu różnią ich doświadczenia. Pokazują jednak wartość zdolności do zadawania pytań. Pytań, które mogą zaciekawić i zapraszać do refleksji. W procesie psychoterapii to właśnie taki dialog jest fundamentem zmiany. Tworzenie narracji o sobie w obecności drugiego człowieka, który reaguje na nasze myśli i uczucia sprawia, że zaczynamy budowanie prawdziwego domu w sobie.

Perspektywa ta jest żywo obecna w koncepcjach wielu analityków. Donald Winnicott [4] pisał, że umysł dziecka nie rozwija się w izolacji, lecz w relacji z opiekunem, który tworzy mu środowisko i kontekst. Wilfred Bion [5] dodawał, że zdolność budowania wewnętrznego świata i myślenia bazuje na byciu pomieszczonym (tj. przyjętym i zrozumianym przez drugiego człowieka). Gdy tego zabraknie, emocjonalny świat może zostać zamrożony, a umysł przestaje być miejscem, w którym można „być ze sobą”.

W tym sensie utrata wewnętrznego domu jest nie tylko metaforą egzystencjalnej bezdomności, ale również psychicznym stanem braku dostępu do własnych uczuć, braku struktury, braku przestrzeni do refleksji. Donald Meltzer [6] zauważał, że pod wpływem traumy, wewnętrzna przestrzeń może zostać spłaszczona, zamknięta lub wręcz wroga. W procesie psychoterapii dostrzegał jednak możliwość dokonania reparacji i przywrócenia możliwości eksplorowania i zamieszkania swojego umysłu, jak i wypełniania go wewnętrzną estetyką (tj. odwołania się do umiejętności tworzenia obrazów, symboli i znaczeń).  

Reparacja ta związana jest ze zdolnością do przejścia żałoby [7], z uznaniem utraty i zyskaniem akceptacji dla doświadczonego losu. To pozwolenie by przeszłość mogła przepłynąć, zamiast zatrzymywania jej w sobie. Proces ten jest czasochłonny i wymagający. Wiąże się bowiem z konfrontacją z uczuciem opuszczenia, bezradności i własnej kruchości, ale i uznaniem tego, co samemu się niszczyło.

Psychoterapię można zatem postrzegać jako proces eksplorowania psychologicznych miejsc pacjenta, badania jego nieświadomych wzorców interpretowania świata i sposobów budowania własnej tożsamości. Terapeuta pomaga odkryć, co znaczy „być sobą” i „czuć się jak u siebie” w wewnętrznym domu. Towarzyszy w budowaniu zdolności myślenia o swojej emocjonalnej rzeczywistości, a w efekcie w budowie domu w sobie – takiego, który da się urządzić z własnych myśli, uczuć i wspomnień, nawet jeśli wcześniej nikt takiego miejsca dla niego nie stworzył.

W takich momentach terapia przypomina delikatne zaproszenie do wejścia do niezamieszkanego domu – pokoju bez mebli, w którym echo własnych myśli brzmi zbyt głośno. Praca terapeutyczna staje się wtedy powolnym budowaniem odwagi, by zostać choć przez chwilę w tej przestrzeni, bez natychmiastowego uciekania do działania, obrazu, rozproszenia. Nie chodzi o natychmiastowe „urządzenie” wnętrza, ale o to, by uznać jego istnienie.

W procesie budowania warunków, w których Ja pacjenta może poczuć się „u siebie” jest kilka wymiarów. Począwszy od fundamentów zapewnianych przez kontakt z kontenerującym umysłem kogoś drugiego, poprzez odkrywanie wewnętrznej estetyki i nadawanie sensu wcześniej nieświadomym doświadczeniom, rozwijanie i „urządzanie” wewnętrznej przestrzeni jako zamieszkanego domu po odzyskiwanie prawa do opowiadania swojej historii, a więc symbolicznego „nazywania pokoi”.

Bibliografia:

  1. Bollas, C. (2024). Świat obiektów sugestywnych. Warszawa: Oficyna Wydawnicza Fundament.
  2. Tokarczuk, O. (2007). Bieguni. Kraków: Wydawnictwo Literackie.
  3. Jarno, J. (2024). Światłoczułość. Warszawa: Wydawnictwo Cyranka.
  4. Winnicott, D. W. (1965). The Maturational Processes and the Facilitating Environment. London: Hogarth Press and the Institute of Psycho-Analysis.
  5. Bion, W. R. (1962). Learning from Experience. London: Heinemann.
  6. Meltzer, D., & Williams, M. H. (1988). The Apprehension of Beauty: The Role of Aesthetic Conflict in Development, Art, and Violence. London: The Harris Meltzer Trust.
  7. Klein, M. (1940). Mourning and its Relation to Manic-Depressive States. International Journal of Psycho-Analysis, 21, 125–153.